2010-01-18 13:31:21

Rosną.


 fs

skomentuj (16)
2010-01-02 22:18:07

Chemia.

Kiedyś
pisałam znacznie zabawniejsze rzeczy.
Tak, wiem. skomentuj (9)
2009-12-09 23:08:05

Thank you.

(obrożę noszę zapiętą tak ciasno, że tracę rozeznanie, gdzie kończy się moja żywa skóra, a zaczyna ta sztuczna, nabłyszczana. Więc tylko wyuczonym, nie moim gestem sprawdzam, czy jest aby gładka, w końcu gładka skóra to podstawa)

 
Nie mamy z Flagstaff ani jednego przyzwoitego zdjęcia.


 fs

To przez ten kontrast, Greyhound wywozi nas gracko z Las Vegas, jestem wkurwiona i rozdygotana, książka na drogę okazuje się epickim niewypałem, zostawię ją na wytartym fotelu. Droga mnie uspokaja, wydycham żar pustyni i nadmiar bodźców, sztacham się łagodniejącym krajobrazem.
Na końcowym przystanku wysiadam milcząca i rozglądam się uważnie dookoła, uśmiecham coraz głupiej, a ręka z aparatem sama opada. To będą nasze najspokojniejsze dwa dni w całej podróży.

 fs

(mądry człowiek zwolniłby proste zapięcie, głupia suka szarpie się rozpaczliwie, gryzie smycz, plączą się jej myśli i racjonalne przesłanki, każde szarpnięcie kończy się mocniejszym szarpnięciem po drugiej stronie, zawracam, przyciągnięta wbrew woli, nie umiem nic zrobić mądrze i po ludzku, wszystko jest na poziomie rdzenia kręgowego, goły instynkt i nieprzytomne pragnienie)

Zaraz po wyjściu na czyściutki placyk, robiący za dworzec, pod drogowskazem oznajmiającym jasno, że to już i teraz, Route 66 - myślę o Lynchu, bo dziewczyny są prześliczne, wszyscy się do siebie uśmiechają i założę się, że za schludnymi fasadami aż kipi od zbrodni domowych.

Prawda?

Przecież nie może tak być, że miasteczko jest urocze, gościnne i absurdalne w sam raz, musi być gdzieś jakaś tajemnica, placek z wiśniami i czerwona kurtyna. Wierzę głęboko, że właściciel hotelu ma zmysłową córeczkę, senną i seksowną, że ściany mają sekrety i uszy, a sowy nie są tym, czym się wydają. I nawet nie jestem zdziwiona, kiedy parę metrów nad uliczną sygnalizacją na tle kanonicznego nieba kołyszą się i bujają kowbojki, na pewno jest jakieś ukrytne znaczenie, tylko wysil mózg i przeczesz wspomnienia, a załapiesz.


 fs

(smakuję, jak boli, smak jest słodkogorzki i jedyny w kosmosie, a kosmos ma swoje prawa, jak głupie, ale dobrze tresowane zwierzę dostosowuję się do reguł, odgaduję je z pojedynczych słów i gestów, będę pokorna tak długo, dopóki mi się nie znudzi, a wtedy będę nie do opanowania.)

 Snuję się po ulicach, które pustoszeją zgodnie z nieznanym mi rytmem. Chciałabym zostać tu tak długo, żeby ten rytm był dla mnie oczywistością, żeby siatka ulic, sklepów i bogobojnych, generujących grzechy szkół była znana do znudzenia, żeby publiczna pralnia, w której pochmurne Indianki z uroczymi dzieciakami-mieszancami uczepionymi spódnic (a mieszance sa zawsze najladniejsze) nie była atrakcją, z ktorej trzeba mnie wywlekac obietnica jedzenia i picia.

Wtulam twarz w pachnace swiezym praniem falbanki i solidna bawełnę, robię krok za próg i zwala mi się na głowę ściana wody, przemoczona do majtek patrzę, jak kolory z nieba przeskakują na jezdnię, z włosów i rzęs spływają mi potoki wody, nie dzwonię zębami, jest mi ciepło i dobrze, chciałabym tu zostać tak długo, żeby.


 fs

(i to czysty fart i niezasłużone szczęście, że szarpiąc się na oślep i bez sensu w końcu zerwę i urwę się ze smyczy tak do końca, przez chwilę dyszę i nie dowierzam, że tak mi się udało, mam obtarte nadgarstki i skórę na szyi, mam przeoraną głowę i sucho w ustach i sama nie wierzę, że jestem już wolna.)

Chłopak w recepcji ma świeżą buzię i  meszek jasnego zarostu, przypakowane ramiona rozsadzają mu rękawy koszulki, oczy są nie z tej bajki, z takim kolorem powinien iść plażą z deską pod pachą, a za nim sznurek porozbieranych małolat z płaskimi brzuchami.
Pytam go o adres pralni, on zdejmuje niepotrzebne okulary, patrzy na nas i na słodką buzię wypływa mu rumieniec, do dziś zastanawiam się, czy to ja, czy mój właściciel rumieniec wygenerowaliśmy, chłopak podaje nam adres i kiedy odchodzimy oglądam się, bo jestem z tych, co zawsze się oglądają.
 Patrzy za nami nieruchomym, błękitnym wzrokiem, ma ładne usta i za mało lat, na zewnątrz chmurzy się i pewnie znów rozpada, będziemy się musieli chować pod pierwszym lepszym dachem.


 fs

Would you get hip to this kindly tip And go take that California trip Get your kicks on Route 66

Jestem senna i wpółprzytomna, prowadzona na miejscową kawę gapię się tam, gdzie nie trzeba, zadaję durne pytania o co chodzi z krową


 fs

i czy nikt nie zamyka za takie koszulki,


 fs

oraz czy tam naprawdę sprzedają spluwy.


 fs

W miejscu, gdzie dają kawę - złotoskóra, długorzęsa i pięknousta, ma jakieś siedemnaście lat i pyta mnie, jak mam na imię, żeby grubym mazakiem wypisać na tekturowym kubku, zagapiam się na nią tak bardzo, że odruchowo mówię: - Aleksandra - i widzę doskonale puste spojrzenie, słyszę, że nie zrozumiała i faktycznie, za sekundę prosi mnie, żebym powtórzyła, zrezygnowana i zachwycona (ta skóra!) mówię: - It's Jane.

 ( - Tell mi your name.
 - It's Jane.
- Your real name!
 - It's still Jane)

 
a ona starannym pismem uwiecznia jak się naprawdę nie nazywam.
 Kawa dobra i budzi, owszem.

Idziemy sprawdzić skąd za dwa dni odjedziemy pociągiem, mus zaliczyć Amtrak, żeby mieć kompletny dzienniczek, tacy z nas czasem uważni i solenni podróżnicy.

 fs

Ale zanim pociąg, do którego kupimy lekkie wino i cięzkie książki - zjemy o świcie nieprawdopodobne śniadanie jak dla drwala, tłusto, mącznie i za bardzo, jedna z nachmurzonych Indianek będzie nam bezustannie dolewać kawy, a dookoła sami miejscowi robole w koszulach w kratę, pojedziemy obejrzeć Grand Canyon i wkurzać się na jazgoczących Azjatów, a w palącym słońcu i zimnym wietrze nie zauważę opalenizny

 (jest jak ślady po uderzeniach)

i dopiero wieczorem, ostatni wieczór w motelu żywcem ze stu filmów ostrożnie dotknę obolałej i zaczerwienionej skóry.

Sam się pieprz.

 (W koncu pozapominamy miejsca, smaki, dotyk i siebie nawzajem. W koncu wszyscy się z siebie wyleczymy i powybaczamy)

Amtrak zawiezie nas do Los Angeles, bo skoro było Miasto Szatana, to drugie nasuwa się samo. Ciągle jeszcze nie jestem zmęczona, patrzę zachłannie, spodziewam się wiele i kolekcjonuję obce smaki na jęzku.

   - Open your legs. Wider! So what would happen if I touched you now?...



 fs

Thank you. skomentuj (7)
2009-11-12 00:50:10

Gęś na pustyni.

Gęś wysiada z samolotu i zachłystuje się palącym, suchym powietrzem. Och, mamo, w takich warunkach nie hoduje się ani gęsi, ani motylków, słaniam się i jęczę, moje pierwsze słowa w Las Vegas, Mieście Szatana: zabierz mnie stąd.

 lv3

Jęcze w taksówce, gnającej po śmierć przez miasto, jak wymarłe. Mylą mi się godziny i strefy, nic już nie wiem, jestem chora od pędu i jet laga, po eleganckim chłodzie Bostonu - wulgarnie kolorowe reklamy atakują mnie od razu przy taśmie, gdzie usiłuję zidentyfikować swój bagaż, walą prosto w przeładowany wrażeniami mózg, cały mój pobyt tu będzie aktywnym stuporem, przyjedź, a zobaczysz, że można i tak.

 lv1

Jest środek nocy, przynajmniej tutaj, między taksówką, a drzwiami do hotelu rejestruję feerię kolorów, mrużę oczy, w głowie mam ognistą czcionką wypisane WYPIERDALAĆ,


 lv16

z ulgą daję się ułożyć między oszukańczo chłodnymi prześcieradłami, jestem taka zmęczona, że odpuszczam nawet strasznej klimie, pozwól mi spać, bo od ślubu nie wylaczylam myslenia ani na chwile, zanim skoncze mowic i mamrotać - juz mnie nie ma.

Jedenaście godzin później.

 Słaba ta figura retoryczna, bo nie jedenaście, tylko dwie godziny pozniej budze sie otępiała i przerażona, w gardle Nevada, gdzie moja mineralka, ratunku.

Wychodzę na hotelowy korytarz, dobrze, że nie widze, jak wyglądam w świetle jarzeniówek, obijając się o ściany docieram do automatu z napojami, jarzeniówka mruga i smuży światłem i oto - pieprzony automat jest prawie pusty, klimat jak z nieudanego Lyncha, a prawie - oznacza, ze nie ma mineralki, nic nie ma, taki Kononowicz, jest tylko Dr Pepper.
Losuję puszeczkę, otwieram, próbuję i osuwam się po ścianie, Ameryko, niech Bóg Ci wybaczy.

(no więc) Rano

Rano trzeba mnie wywlekać za kark z łazienki, a potem za rękę z hallu, zwalaniam i jak królik na węża - zagapiam się na kolorowe automaty, te najtańsze, dolarowe. Niezdrowo zafascynowana rejestruję pusty wzrok i drżenie rąk graczy, w uszach mam kakofonię trzech równoczesnych wygranych w promieniu metra, nie jestem głodna i nie chce mi się pić. Chcę spróbować, chcę sobie zagrać, o co chodzi, przecież to jakieś groszowe kwoty i w ogóle tylko zabawa. Tak więc kiedy człowiek, za którego wyszłam zamawia zbilansowane śniadanie - ja przysiadam na zbyt wysokim stołku i z namaszczeniem karmię automat, na ślepo przyciskam guziki, losowo szarpię wajchę (ha, ha) och, wielkie mi rzeczy, ten cały hazard, nic takiego i w ogóle mnie nie rusza, pff.

 - Może już starczy? Śniadanie ci wystygło i w ogóle siedzisz tu już dwie godziny. Zjedz coś.

 Srsly?

Całe miasto oglądam przez mgłę gorączki.

Bardzo nieczystym chwytem jest ten wielki ekran, który przykrywa całą ulicę, na ekranie jakieś niewyobrażalne sumy przełożone na reklamowy show, patrzysz w górę i zamiast kojących chmurek masz 24 h na dobę widowisko "światło-dźwięk", fail polega na tym, że nie zapamiętałam ani jednej marki, tylko płynące nad głową kolory i obezwładniającą muzykę, zatrzymujemy się, gapimy w górę, a z nami cały tłum. Chamska magia rżnie nam mózgi jak trzeba, w końcu za to zapłaciliśmy. Zapłaciłeś - żryj.

 lv5

Nie powinnam mieć pretensji, spotworniały do rozmiarów niedużej dzielnicy telewizor nad głową ładnie i miłosiernie przygotowuje na wszystkie uroki Las Vegas Strip. Jest północ i wasz Kopciuszek w sukience w kwiatki i szczątkowych sandałkach wysiada z obłąkanego tramwaju w samym centrum samego Centrum,rozgląda się uważnie i solennie, a następnie mówi brzydkie slowo i chce uciekać.

 lv17

Seryjne i mnożące się w oczach panny młode, pijane i chyba szczęśliwe, ich druhny z płonącymi policzkami, wszystko to opakowane w kilometry tafty. 

lv23

Gipsowe stiuki i złoto, podrabiane kolumny i złoto,

 lv6

wszechobecny Elvis i złoto,

 lv14

pazłotko i czerwone dywany, złote frędzle i ozdobne ozdóbki, zamki Gargamela z pozłacanymi wieżyczkami.

 lv18

Nibytoantyczne rzeźby i złoto, ściema i złoto, złoto i złoto, jakie to brzydkie, mam ochotę wyć. Bary tlenowe, oblegane przez tłumy frajerów i tłuste amerykańskie zady,

 lv20

każdy ma swoje frajerstwo, jedni sączą tlen, inni drinki wprost ze skorupy kokosa. W kosztownych witrynach tanie ubrania dla udających nastolatki dziwek, może naprawdę trzeba tak wyglądać, tak się ubrać, tak się zgrać, może wtedy wiesz, że jesteś?

 lv15

Wszyscy udają wszystko, wieża udaje wieżę i w końcu gubisz się i myślisz że może to jednak jest naprawdę.

 lv22

Podejrzliwie obwąchuję korek mineralnej, bo może złote płatki osiądą mi na zębach, jak tym Rosjaneczkom w wieczorowych kieckach, starannie podrobionych na Dolce Versace.

 Rosjaneczki chwieja się na niebotycznych szpilkach i - całe w brokacie płyną, uczepione ramion kolesi w polo i szortach, wszyscy zwariowali, wiec i ja sobie nie odmówię.

 Jestem fanką teorii o karze za grzechy, a skoro jesteśmy w Mieście Szatana (widzę to i czuję, nawet mi nie mów, że może mi się wydaje) to miejsce i czas jak najbardziej odpowiednie. Kiedyś będę się z tego śmiać i słodko-gorzko sprowadzać do parteru, ale teraz jestem we własnej podróży poślubnej, sami rozumiecie - zakochana, ufna i durna, chociaż z lękiem wysokości wiec na propozycję skorzystania z TEGO tylko raz odpowiadam krótko i brzydko, ale potem jednak daję się namawiać, uwodzić i przekonywać, jak każda idiotka. Nie pomaga łza w podmalowanym oku, człowiek, za którego wyszłam patrzy na mnie z chłodnym zainteresowaniem, ciekaw, w jakim stylu pójdę umierać. Mam dreszcze i proszę, żeby mi darował, ale nie.

 lv21

Pół godziny później, trzysta metrów wyżej - krzyczę z głębi flaków i jestem przekonana, że to już koniec mnie. Kiedy tortura się kończy, kiedy naprawdę się kończy - strzelam o drewnianą podłogę świeżą obrączką i w dwóch językach jednocześnie wrzeszczę, że chcę rozwodu. Czekający na swoją kolej nagradzają mnie brawami, Miasto Szatana ceni sobie show.

Godzinę później daję się, jak cielę na rzeź, zaprowadzić na TO i dopiero tam poznaję smak piekła, to musi być miłośc, teraz już wiem.

Dla odreagowania żądam rozrywek w moim guście, w kapiącym od złota hotelu, który zagrał w iluśtam filmach puszczam na automatach tyle ile się należy zazdrosnym bóstwom, w pewnej chwili moja skrzynka zaczyna dzwonić wyć i błyskać, do rynienki sypie się jakaś nierealna suma, w sekundę otaczają mnie inni zombies, radośnie i bez skrępowania komentują, pytają i dopingują. Kiedy ktos podchodzi do zbiegowiska i pyta - co sie stalo - niezwlocznie udziela mu sie odpowiedzi ze oto mamy tu obiecujacy przypadek szczęścia początkujących, kiedy solennie przegrywam całą wygraną w innym automacie - nagle rozumiem, że -
 
- że owszem, można pewnego dnia pójść do bankomatu, wypłacić do dna i jedną z tych pylistych autostrad pojechać w pizdu, wejść do hotelu, w którym wszystkich gówno obchodzi, jak się naprawdę nazywasz, usiąść wygodnie i grać, grać, grać. I nie ma w tym nic z urody pokera, elegancji brydża, które tak naprawdę są miłosną przepychanką, demonstracją siły, flirciarskim przedstawieniem, teatralnym flirtem. Jesteś ty i wajcha, ty i przycisk, budzisz się trzy dni później jako spłukany zombie i możesz strzelić sobie w łeb, iść na pustynię, albo zacząć od początku. Przecież zawsze chodzi o zaczynanie od początku.

Jeszcze kilka razy przejdę wzdłuż tych ciekawszych punktów Las Vegas Strip, dam się uwieść fontannie i światłom pod głos umarłego tenora,

 lv12

jeszcze trochę ostentacyjnie powstrząsam się na zamki, stiuki, kolumny, taftę, Rosjaneczki i ciepłą mineralkę, pozrzędzę na brzydotę miasta, które przecież miało być magiczne i jedyne na świecie, kiedy WTEM! wybije północ i wreszcie zobaczę, że.

Że?

Że ta wszechogarniająca brzydota

 lv11

ma wszechogarniający czar, to miasto jest jak najwyższej klasy dziwka, taka z wybielonymi zębami, podciągniętymi pośladkami, silikonowym cycem i zręcznie wyrzeźbionymi kośćmi policzkowymi. Nabijasz się, wyśmiewasz, patrzysz z wyższością i robisz spektakularne PFFFF. Mamroczesz o stylu, dobrym guście i że na do pewnego poziomu nie należy się zniżać. Po czym wybija północ i nagle rozumiesz, że napompowane chemią usta są chętne i seksowne, co z tego, że pośladki podciągnięte, skoro jest to doskonała dupa i nic nie wygląda tak świetnie i kusząco, jak wybielone zęby i dobrze zrobione cycki widziane w świetle jarzeniówek i przez szklankę whiskey. Poddajesz się i idziesz na dno.

Nie miej do siebie pretensji, to Miasto Szatana, a nie Dobra Nowogardzka.

Następnego dnia mam spakowany plecak, upięte włosy, trzeźwe spojrzenie i trzy godziny czekam na dworcu Greyhounda (bo zalozenie jest takie, ze sprobujemy roznych srodkow lokomocji) Z Miasta Szatana prosto do dworcowego czyśćca, to ma sens.

Nie martw się, nikomu nie powiem, jak zgrzeszyliśmy.

Następny przystanek - Flagstaff skomentuj (5)
2009-10-22 23:32:33

Chwilo, trwaj.

Trochę tak, jakby wreszcie opadła ze mnie skorupa -  śmierdząca, szorstka, przesiąknięta na wylot swądem deprechy i toksycznym urokiem zakazanych smaków . Nie łudźmy się, każda górka sinusoidy ma swój wypełniony błotem dołek. Niemniej jednak. skomentuj (2)
2009-10-12 22:01:45

- and I lift my glass to the awful truth, which you can't reveal to the ears of youth -

Minęło równe siedemnaście lat, więc nikt nie uwierzy mi, że pamiętam, pamiętam nie tylko, że wtedy był również październik, ale też poharatane drewno tramwajowej półki pod spierzchniętą dłonią, gryzącą wełnę niby-to-luzackiego golfu na szyi i suchość gardła, kiedy mówiłam: "Ty coś obcięłaś z tymi włosami". Dzielił nas rok życia i lata świetlne całej reszty, fascynowało mnie to rodzeństwo z dwudziestu różnych powodów i jednego kluczowego, odebrałam prawie jak medal i niezasłużonego Nobla, kiedy przyjrzała mi się ciemnymi, nieruchomymi oczami,dla których mężczyźni, ku mojej zazdrości durnieli gremialnie przedtem, wtedy i później, a potem  powiedziała sennie: "Tak, masz rację".

Siedemnaście lat później patrzę, jak na czysto wymyte kafelki spadają długie, rude pasma i natychmiast zwijają się w modelowe loki, błyszczą na załamaniach resztką letniego światła i żyją własnym, zmarnowanym już i niepotrzebnym życiem, co za kicz, co za tandeta, mam tego świadomość, jak prawie zawsze.

Sięgam ręką do nagiego nagle karku i ręka okazuje się być pełna włosów, które pozostały, nie wystarczy jednej, ani nawet dwóch garści, żeby to zebrać i uchwycić, magia zręcznego, szybkiego cięcia działa i tu i w życiu.

Patrzę na martwe włosy poniewierające się po podłodze i ładnie byłoby napisać, że zaklinam w myśli: to są wszystkie kluczyki do mnie, w rękach niepowołanych, wszystkie słabości, grzeszne upodobania, wszystkie przemilczane momenty, cała ciemna strona, tłumiona rozpacz i miotanie się. Niestety, nie ma tak dobrze, powiążę ze sobą te dwie sceny tygodnie później i nadam im znaczenie, to jak łatanie prującej się kołderki, staram się, ścibolę i naciągam materiał, ale prawda jest jedna i znamy ją wszyscy.

 - Dasz sobie radę.
 - Nie, nie dam, nie mogę, nie potrafię...

Jak się złościsz? Bo ja do mdłości i ciemnych płatków przed oczyma, tracę rozum i świadomość, trzeźwy osąd i całe doświadczenie. Na wysokości mostka sadowi mi się ciemna, nieustępliwa kula z granitu, łapię powietrze pachnące opadłymi liścmi, bo liczę, że ten miękki strumień rozbije granit, a ja wybuchnę oczyszczającym płaczem. Nie uda mi się.

Złość sprawia, że mam słabe dłonie i nieprzytomne oczy, że nie pamiętam wniosków i logicznych ciągów zdarzeń, to minie, to przejdzie, to zawsze przechodzi.

Myślę o tym, że za dziesięć lat różnica pół roku między naszymi dziećmi nie będzie miała znaczenia, albo doda smaku, myślę i rozważam plusy, myślę i zaciskam ręce przez cały wieczór, ja się boję, ty już nie musisz. Jestem rozsądnym bluszczem, zamiast wisieć na jednej podpórce - rozkładam mądrze ciężar tu i tam, tu zwierzenia, tu zrozumienie, tu wspólne doświadczenia, tu śmiech przy jednym stole, to wszystko waży i znaczy, a ja jestem cierpliwa w swoim braku opanowania.

Jest jak siedem lat temu, niezmienna reguła przesądu, w którą bez zastrzeżeń wierzę, odrzucam zgrubiałą skórę i cała, gładko i bezproblemowo wchodzę w miejsce, gdzie idealnie pasuję. Nic mnie nie obchodzą skutki uboczne, chociaż wróżysz mi, że nadejdą. Przeżyję.

Patrzę, jak pasma na podłodze tracą blask i żywy skręt, odruchowo zasłaniam włosami pół twarzy. Od wszystkich poprzednich razów - różni mnie świadomość, że przetrwam to śpiewająco, blizna będzie jak ta po cesarce - cieniutka i omal niewidoczna, jak pieprzyk, albo nieznaczna asymetria brwi, wiem, że z tego wyjdę, że opłaci się każda chwila bólu i niemożności wdechu, patrzę na twarz obcej kobiety w lustrze i życzę jej dobrze.

Jak byle jaszczurka zostawiam ogon we wrogiej dłoni i spierdalam zakosami.

 - Zawsze możesz sobie powspominać.

Wiem.
skomentuj (5)
2009-10-03 23:52:45

Placebo - Protege Moi (Uncensored)

Wzbiera mnie na mocno zaległe napisanie o dalekich miejscach, w których byłam dawno, zwykle takie spazmy miewa się przy przeglądaniu zdjęć z podróży, a ja beztrosko zaniedbałam planowaną solenną relację, przedawniła się już o lata, tym dziwniejsze, że teraz i bez zdjęć myślę o LA, gdzie smutne dziwki, usyfione ulice i radosny Universal, źródło mojego infantylnego zachwytu i śmiechu na cały głos (chcę tak teraz, chcę zaraz, proszę, zabierz mnie tam), myślę o rozkosznym rauszu w Napa Valley, kojąco europejskim San Francisco, o Las Vegas - Mieście Szatana, gdzie cały tlen zżerany jest przez swąd pustyni, życie tych wszystkich zombies z tych wszystkich kasyn ratuje hotelowa klima i emocje rollercoasterów, kukurydziano urodziwe panny młode robią sobie zdjęcia w przebogatych dekoracjach i nie da się funkcjonować przed zmierzchem, myślę o twinpeaksowskim uroku Flaggstaff, powalająco ślicznych dziewczynach za ladą w pizzerii, o smacznym jak marzenie chłopaku z motelowej recepcji nie wspomnę, bo do dziś nie jestem pewna, czy zakłopotany i szczęśliwy rumieniec wywoływałam w nim ja, czy raczej MBF.

W tyle głowy delikatny dzwoneczek, że może pragnę uporządkować kronikarską grafomanię, bo czuję, że już nigdy, że zobaczyłam już wszystko, co było mi pisane i teraz trzeba zdążyć z opowieściami? Nic z tego, głowo, tak się bawić nie będziemy, jest jeszcze czas, czas na wszystko, czas na relacje z mięciutkiej, rozkosznej, błękitno-złotej plaży daleko od śmierdzącego Waikiki,  czas na opowieści o pastelowych płyciznach, łagodnym oceanie i pachnącej bryzie i czas na bredzenie o taniej emocji picia kawy w tym samym sklepie/kawiarni gdzie co rano Sawyer Spadziste Ramionka (jakoś się minęliśmy nad tą kawą, oj) budził się do życia w serialu oraz o rozczarowaniu jeziorkiem, gdzie obściskiwał swoją uroczo piegowatą Kate (nigdy nie konfrontujcie złudzeń z betonową rzeczywistością), jeszcze mam na to wszystko czas.

 I pewnie właśnie dlatego, że wierzę w czas -  daję się na przekór niszczyć, jakoś ostatnio odmawiam sobie prawa do trwania, jakoś od zawsze jestem zbyt tchórzliwa na zabawy w autodestrukcję.

Zastępczo wznawiam w sobie przywiązanie do miejsc, skoro sentyment do ludzi zagraża zdrowiu i życiu, jeżeli nie skontaktujesz się ze swoim  przystojnym lekarzem albo i farmaceutą. Wracam jak bumerang, szerokim gestem, jakbym pokazywała własną sypialnię i łazienkę -  przedstawiam i demonstruję: miękką, całą w sepii pornografię na ścianach, życzliwe kobietom światło, półki pełne szmatławo-fachowej literatury, właściciela - gbura i socjopatę, koedukacyjną toaletę, liczne kanapy i fotele: zapadnięte, wyleżane, kiedy pomyślę ile par tutaj w podejrzanej gorączce i sztucznie gaszonym pragnieniu, to robi mi się mdło i rozkosznie, już tylko ta kompilacja warta jest wszystkich powrotów.

Z ustami pełnymi miodowego i zdradliwego posmaku - sączę obiecującą truciznę, a słuchaczkę mam wdzięczną, przez minutę myślę zazdrośnie jakby to było mieć jej włosy i cerę, ale przecież miałam być zadowolona z siebie, miałam, jestem, nie dam się.

Potrzebuję niszy, w której spokojnie mogłabym znów pielęgnować i podlewać swoją umysłową przaśność i toporną zewnętrzność, o których myślałam, że tylko ja je widzę, a czego się nie da zalizać i zaleczyć - zignoruję. Wszystkie moje kłamstwa mają ozdobniki, frędzelki, dziurkowane brzegi, pazłotko i kokardki, to, o czym mówię najgęściej jest problemem-placebo, kiedy przestanę wierzyć w działanie oszustwa - otworzy się szafa z trupami i nieprawdopodobnym smrodem, więc pozwól mi udawać.

Rozczulam się nad śmiercią bohatera, w stuporze trwam przed ekranem, osłaniam uszy, żeby nie dotarło do nich nic, oprócz słów ze  zbyt sprytnie zmontowanego telewizyjnego materiału. To jest bardzo tanie usprawiedliwienie, takie łzy nad życiem, z którego ani kawałka nie mielibyśmy odwagi spróbować, nieważne, po której stronie muru i stulecia. Jeżeli Bóg istnieje - miejmy nadzieję, że mu wybaczysz - chamsko błyskotliwe frazesy nieodmiennie mnie biorą. 

Tu się (na skutek przewrotnego wynikania i niby-logicznego ciągu)  zaczyna ten kawałek, który tajna frakcja skurwieli sprytnie ukrywała przed wiadomością publiczną, nikt nie uprzedzał, że dzieci oznaczają paniczne: "chcę, żeby zawsze były takie szczęśliwe, jak teraz" i realistyczne: "ktoś je kiedyś skrzywdzi", już mniejsza, czy to będzie wyrostek, kokaina, złamane serce, mobbing, czy rak. Ktoś sobie kiedyś z tym poradził?

Między smokingiem, cygarem, pokerem, fortepianem, kieckami bez pleców, pończochami ze szwem, dwudziestą parą rękawiczek, przerafinowanym drinkiem, obrożą na szyi, zmasakrowanymi ustami, męczącym jazzem, mocną szminką i włosami, jakie zawsze chciałam mieć - objawiam się pierwszy raz od roku z rzeczami, o których znowu nie wie nikt, oprócz mnie. Nareszcie.

Tłumię śmiech i politowanie, mam pogryzione wargi i język, cała jestem empatią, zrozumieniem i wybaczeniem, w ten sposób - wierzę w to - odpracowuję i odpłacam, cokolwiek to jest, masochizm, czy szczerze dobra wola i Suka Karma - so be it.

Może, może gdybyś wywiózł mnie do głuszy, gdzie ani zasięgu, ani pola, ani żadnej technologii ponad kartkę papieru i żmudne noszenie wody wiadrem - może wtedy bym zapomniała, spsiała, ułożyła, spokorniała, nie miotała się, nie chciała, nie celebrowała pełni, rauszu, full moon fever, spazmów szczęścia, kury domowej, zawodowych frustracyjek, niemożności spojrzenia w lustro (zabierz mnie tam, gdzie nie ma luster) i wiecznej  chęci ucieczki, może.

Coraz
częściej
myślę, że
nie warto rozmawiać.
skomentuj (3)
2009-09-11 21:41:15

Jestem zmęczona....

..tymi moimi ciągłymi zmartwychwstaniami.
Niechby już raz wreszcie osinowy kołek i upragniony spokój.

Tymczasem -

- czekając cierpliwie, aż moja głowa jednak poradzi sobie sama - postanowiłam jej nieco ulżyć.
Jest kryzys, tnijmy koszty i całą resztę.

 po
skomentuj (17)
2009-08-30 13:38:00

Latarnica.

Wolontariat rodzinny karnie stawia się do działania już o ósmej rano, zaspana, bez żalu porzucam potomstwo i żeby dośnić do końca ten koszmarny sen wlokę się na górę po schodach. Schody są wyślizgane i wyszlifowane łapkami i kolanami dwóch pokoleń dzieci mojej krwi, sama właśnie dowiozłam trzecie - całkiem świeże i fakt tej banalnej kontynuacji nie wiedzieć czemu bardzo wzrusza całą rodzinę. Mnie o tej godzinie nie wzrusza nic, w jednym z pokoi, które w tym domu pełnym szaf, książek i miejsc do spania rozmnażają się niepostrzeżenie i w miarę narastania potrzeb - zwijam się pod kołdrą w ciasny kłębek, dłonie przy brzuchu, kolana pod szyją, skulone ramiona, z całej siły zaciskam powieki i śnię.

Na dole kłębi się życie rodzinne, dorośli, nastolatki, dzieci, koty, uczynne szwagierki i jowialni wujaszkowie, od lat wszyscy przywożą tu swoich partnerów, mężów, żony, zwierzaki, wyroki rozwodowe, decyzje o separacji, ciche dramaty nieudanych małżeństw i dorodne niemowlaki. Ja, oprócz wzmiankowanego trzeciego pokolenia dzieci, a czwartego lokatorów tego domu - przywiozłam raczej nędzny wkład, kilka ciężkich zarzutów i własne, krowie zdumienie, że jak to, ja nic nie rozumiem, co się stało i właściwie dlaczego? Te ciężkie zarzuty, to klasycznie już - moja wydumana fraza, bo akurat tym razem ostrza są cieniutkie, precyzyjne i kunsztownie wymierzone, na początku nawet nic nie czuję i śmieję się jak głupia, dopiero potem widzę, że z piętnastu niedużych ranek chyłkiem wyciekła ze mnie energia, życie i durne złudzenia. A kiedy widzę, to nie ma już co łatać.

Potem prosto z Kolumba jadę na kawę, nad gorzkim espresso mrużę oczy w ostrym słońcu i autentycznie nie poznaję człowieka po drugiej stronie stolika, ogarnia mnie panika, co tu robię z tym kimś obcym i nieżyczliwym, patrzącym na mnie spod oka, sama gapię się spode łba i rozmowa rwie się w zbędnychwzajemnych złośliwościach. Jestem głupia, wystraszona i chce mi się uciekać. Jak zwykle ostatnio.

Ogród jest bujny, na ścianie jak kiedyś pną się róże, obrodziło w tym roku wszystkim i wszystkiego, dom pozbierał się z tamtej śmierci, przez kilka lat hodował żałobę, stał zimny i pozamykany, nie chcieliśmy tu nawet zaglądać. Teraz zaczyna być i pachnieć jak wtedy, poprzesuwaliśmy sprytnie role i rozdzieliliśmy na nowo funkcje w rodzinnym cyrku, tyle, że ten dom jest z dobrej, przedwojennej gliny, nie to, co ja, mnie się już nie chce podnosić.

W szkole oprócz rozjęczanej żeromszczyzny - najbardziej mdło nudziły mnie jęki wygnańców z Ojczyzny, obojętne, czy wygnał ich strach, czy prosta, ludzka chęć kasy, wyjechałeś, zdecydowałeś - to ciesz się całą i nienaruszoną dupą, ćpaj kawior z truflami, albo poetycznie suchy chleb na nieogrzewanym paryskim poddaszu i twórz ku uciesze, zamiast wzdychać za rodzinną miedzą, kapustą i zachodem słońca nad wiejską kapliczką. Teraz, w warszawskim mieszkaniu łapię się na tym, że piszę "ja już nie jestem stamtąd, a stąd nigdy nie będę, więc wcale ci się nie dziwię", zadławiłaby mnie pewnie na zasłużoną śmierć tandeta tego znienacka wyznania, ale już dwa dni i sporo dróg krajowychpóźniej - płynnie odnajduję się właśnie tutaj, osiemdziesiąt kilometrów od miasta, w którym się urodziłam i wychowałam, nie wiem, czy jest coś nudniejszego niż cudze problemy z tożsamością.

Rodzina jest łaskawa, oprócz czasu na przebieżkę po szczecińskich specjalistach, którzy ocenią stopień zrujnowania mojego kręgosłupa - tego całkiem realnego, tego moralnego na szczęście zobaczyć i ocenić nie może nikt - funduje mi także noc w mieście, mam się zabawić i zresetować, przywiozłam więc cały warszawski rynsztunek wieczornych wyjść, szpilki, pończochy, absurdalne i niestosowne w tej scenerii Zielonego Wzgórza, do tego mój najnowszy nabytek, którym jeszcze nie zdążyłąm się nacieszyć, a teraz nie mogę patrzeć (ale jak to, ja nic nie rozumiem, co się stało i właściwie dlaczego), ciasno poskładana pod kołdrą - zamiast spać komponuję sprytne i przekonujące wyjaśnienie, czemu jutro wrócę pod wieczór, zamiast następnego ranka, wybawiona i WYPOCZĘTA, czuję, że nie uwierzą w nic, co powiem. Pewnie zadziałałaby tylko czysta, niepublikowalna prawda, że nie mogę, że nie umiem, że chcę być sama, że boję się dać poszarpać i skrzywdzić, to rodzina zrozumie na pewno i nic nie rozumiejącym murem stanie za mną, bo zasada jest taka, że szarpiemy się do krwi i pożeramy wyłącznie między sobą - obcym nie wolno, obcych się nie rusza.

Zwijam się pod kołdrą w ciasny kłębek, dłonie przy brzuchu, kolana pod szyją, skulone ramiona, z całej siły zaciskam powieki i śnię. skomentuj (2)
2009-08-17 12:47:00

Bezprzykładny akt rażącego ekshibicjonizmu.

W dziewiątym miesiącu ciąży, ciężka jak słoń, z sześcioma w sumie  kilogramami dzieci w brzuchu, umęczona i przekonana, że tak już zostanie -  obiecałam sobie solennie, że jeżeli jednak przypadkiem jeszcze kiedyś stanie się cud i odzyskam, co moje - to.Po  czterech miesiącach z okładem przyszedł ten dzień. Zamierzam dotrzymać danego sobie przyrzeczenia. Osobom, które razi ekshibicjonizm (sama sie do nich zaliczam, mentalnosc Kalego pasuje mi do koloru włosów) dedykuję sporą przestrzeń przed właściwą treścią notki. Zostaliście ostrzeżeni i jeżeli z tą wiedzą jednak zdecydujecie się patrzeć - to na własną odpowiedzialność i bez pretensji do mnie. Czółko.


























Przed:
przed





Po:
po
skomentuj (26)
2009-08-03 23:20:26

Poker Face.

Pogrywam.
Odgrywam też, drama queen na przykład.
I przegrywam.

Robię się agresywna, kiedy nie dostaję, czego chcę.
Kiedy dostaję, czego nie chcę - agresję kieruję przeciw sobie. Niestety, nieskutecznie. Tym razem.

Podejrzewam, że w pokerze bawi mnie bardziej otoczka, niz chęć wygranej. Nie wstyd mi.

Jak możesz mnie nie doceniać, jak możesz nie widzieć tego wszystkiego, idioto,  mam ochotę powiedzieć równo, jednemu i drugiemu. Ale już znam bezcelowość pewnych działań, więc może zamiast tego usmiechnę się do trzeciego, bo wydaje mi się, że patrzy na mnie bez przykrości. Co za różnica. Chciałabym, żeby ta różnica jednak była.

Tkwimy, przyczajone w bólu, każda na swój sposób. Ona milczy i sprząta w szafach. Ja miotam się chaotycznie i żałośnie, podejmuję decyzje i zamykam furtki, obietnice nie do dotrzymania.

Wbrew logice - obie zostajemy nagrodzone, przychodzi upragniony moment, kiedy łapiemy oddech, wybuchamy durnym śmiechem i robimy plany. Żadnych złudzeń, jeszcze zdrowo oberwiemy. Ale nieodmiennie wierzę w koniec fałszywego kryzysu gospodarki wewnętrznej i zewnętrznej.

Suniemy z wózkami parkową alejką,M. dzwoni kolczykami i ma ciemne okulary,  które przywodzą na myśl wszystko, tylko nie pieluchę, nastolatki oglądają się za jej zgrabnym tyłkiem, dmucha mi miłym dreszczem po gołych plecach i dekolcie jak deklaracja niepodległości, jednakowym, czułym ruchem podajemy smoczki i wygładzamy kocyki, tyle że w fonii nagły error, uświadamiam sobie o czym i jakimi słowami rozmawiamy, krztuszę się w pół słowa i w pół alejki, rozglądam się tchórzliwie, ale wózki czynią nas idealnie niewidzialnymi, usprawiedliwienie dla grzechu w myśli, słowie i zaniedbaniu. Nie, nie usprawiedliwienie. Przykrywka.

Sama już nie wiem, na której z tych batalii zależy mi bardziej, w jednej trzeba odbudować, w innej wypalić do gołej ziemi i wtedy zastanowić się nad nowym planem ogródka.

Kupuję sukienki, uczę się robić idealne mojito i milczeć, kiedy chce mi się wybuchnąć potokiem lawy. Zbroję się, czekam, prawie nikomu nie wierzę, im gładsze słówko, tym bardziej mam ochotę powiedzieć "sprawdzam".

Nie sprawdzam.

Ja swoich szaf nie uporządkowałam, więc jestem do tyłu, nie zrobiłam nic, oprócz braku ruchu, który zostaje poczytany za dobrą wolę. Znam się do wyrzygania, wiem, że w końcu przystąpię do sprzątania zgliszczy, może nawet poukładam ciuchy kolorami.

Nienawidzę się starać.
Wygram? skomentuj (5)
2009-07-16 22:55:45

Wise Up.

Jednego i tego samego wieczora obie dostajemy po gębie na odlew. Żadna nie umie obiektywnie ocenić własnych ran, każda wierzy, że "ona z tego wyjdzie, ale dla mnie to już całkiem i na śmierć."

Zapamiętaj ten mdlący smak, od żołądka do gardła, bezradność ogarniającą całe ciało, aż po końce palców.

Teraz jest poraz na korzystanie z rezerw, na szybkie podliczanie tego, co dobre - rodzina, praca, dzieci, koty, ubrania, niezmarszczki, sukienki i szpilki, płaskie brzuchy i jędrna skóra, teraz trzeba się z całej siły uczepić tego, co na pewno mamy, póki jeszcze mamy i przetrwać, przeczekać, przezimować w środku lipca.
Kiedy w tamto paskudne popołudnie wracam do domu - moja córka, jeszcze wczoraj leżąca na brzuszku bezwładnie, jak szmatka - podnosi znienacka głowę wysoko i pewnie, wspiera się na rączkach i śmieje się do mnie, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
Ona się śmieje, ja płaczę, to też jest oczywiste i sprawiedliwe.
Patrzę w lustro i widzę dokładnie, jaka jestem, mimo, że lustro wyszczupla.
Nie mam wprawy w stratach innych niż śmierć, albo innych niż "rzucił mnie - rzuciłam go", nie znam gestów, procedur i właściwych słów.

Przeżyjemy to i znów wyjdziemy bez szwanku, znów się uda dupą minąć poprzeczkę o milimetry, chociaż za każdym razem nie wierzymy w to, nie wierzymy pilnie i prawdziwie, tak, jak powinno się nie wierzyć.

I naprawdę nie ma znaczenia, czy rozwiązaniem będzie chętny i durny książę na białym koniu, czy szczera wola Ofelii pójścia do klasztoru - rozwiązanie przyjdzie. Tylko taki profit jest z tej trzydziestki z kawałkiem, że wiem to na pewno - rozwiązanie przychodzi zawsze. Nie rozumiem jak, ale na pewno wiem, że.

Za dwa miesiące urządzę ceremonialny i metaforyczny pochówek. Potem siądę i powiem sobie, że już nie znam się na ludziach.  A Ty?
skomentuj (8)
2009-06-23 22:56:01

Little piece of me you can't have And I know that it's driving you mad

- w każdej ręce trzymam po butli wypełnionej stosowną mieszanką, na uszach słuchawki z, a jakże, informacją polityczną. Informacja polityczna niespodziewanie zmienia się w komunikat, że w Szczecinie trwają przygotowania do corocznych Dni Morza. Informacja okraszona jest stosowną (wiadomo, jaką) muzyką. Odstawiam puste już butelki i  - ignorując wybuchający za plecami ryk - wychodzę z pokoju. Nasuwam słuchawki głębiej na uszy, osuwam się po ścianie i leję swoje własne łzy. Chcę znów - jak zwykle - olać całą imprezę, po to, żeby - jak zwykle - obejrzeć we właściwym towarzystwie końcowe fajerwerki. Materiał w tv się kończy, wstaję, wycieram nos, wracam, skąd wyszłam.

I tried to call him
Anytime anywhere
But he's never there
So I went to his place
And waited all day
So he would explain it to me


 - kiedy cały dzień nie mam czasu, żeby zjeść cokolwiek, (praca-dzieci-praca-dzieci-praca) oprócz szybkiego psedudo-śniadanka rano i dwóch espresso w tych krytycznych momentach, prawie utraty przytomności, kiedy wieczorem czuję przyjemną lekkość i słabość, a waga pokazuje o kilogram mniej - to jestem z siebie podejrzanie dumna. Mam jednak świadomość, że jest to dość chory sport. Cóż, kiedy najbliższe bungee daleko.

All we have to do now
Is take these lies and make them true somehow
All we have to see
Is that I don't belong to you
And you don't belong to me

 - rekonwalescencja jest zawsze długa i bolesna, zawsze płacę tę samą cenę, choć za każdym razem wydaje mi się wyższa. To nie może być głupota, bo prezentując taki jej poziom - byłabym niezdolna do zapamiętania sekwencji "wdech-wydech". Tak bym chciała, żeby to się skończyło, tak bardzo robię wszystko, żeby trwało.

And she fights for her life
As she goes in a store
With a thought she has caught
By a thread
She pays for the bread
And she goes...
Nobody knows

 - recepta na sukces w tej (i pozostałych) materiach jest wstrząsająco prosta: uwierz. Uwierz, że gardzisz, że nie chcesz, że nie potrzebujesz. Że możesz, że nie pamiętasz, że dorosłeś, że masz za mało czasu i procesora, że to się uda, że udaje się teraz, że już się udało. Uwierz, że jesteś żabą, królewną, rycerzem, białym koniem, pantofelkiem i dobrą matką chrzestną jednocześnie. Że zdążysz, że naprawisz, że popsujesz jak nikt.  To jest ten zupełnie magiczny moment, kiedy NAPRAWDĘ zaczynasz wierzyć, jak durne zaklęcie w durnej bajce - nagle wszystko zaczyna iść po twojej myśli, nie ma nic łatwiejszego i nie możesz pojąć, że kiedyś była to poprzeczka nie do przeskoczenia.Ach, gdybyż jeszcze dało się to symulować. Przed samą sobą, przed całym światem.

I’m gonna break your heart
I’m gonna let you down
I’m gonna walk away
I’m gonna fool around
I’m gonna tell you lies
I’m gonna be untrue
I’m gonna make you cry
I’m gonna come unglued

 - i ona i on mają (mieli, mieli - czas przeszły) zwyczaj pisać o sobie nawzajem używając tylko pierwszej litery imienia z kropką po. Raczej wątpię, żeby to między sobą uzgodnili, chociaż byłoby jeszcze zabawniej. Powinnam ją zabić, bo się uzależniam, ale na razie czuję się bezpiecznie, tu chyba intuicja mnie raczej nie zawodzi.  Mamy wszystko uzgodnione i milcząco rozpisany scenariusz, może dlatego zatyka mnie bez przykrości, kiedy ona w połowie zdania nagle  pieszczotliwie przesuwa palcami po mojej szyi i uchu, wiem, że to nie na mój benefis i faktycznie - pognębiony wróg idzie na dno jak Titanic, obie jesteśmy na skraju upicia się, obie odbijamy sobie tego wieczora za wszystkie nieśmiałe licealne lata, obie następnego dnia przed lustrem wykonamy facepalm i obie skutecznie przekonamy się nawzajem, że byłyśmy świetne. Wsiadam do taksówki, jeszcze przed godziną policyjną, wracam do domu być wierną żoną i dobrą matką, jeszcze w korytarzu zrzucę ze stóp niebotyczne szpilki, żeby stukotem obcasów nie obudzić tej najważniejszej dla mnie trójki.

 Give me back my broken night,
my mirrored room, my secret life.
It's lonely here,
there's no one left to torture.


Muszę wymyślić stosowne zakończenie, na razie wciąż jeszcze go szukam, myślałam, że niektóre historie skończą się dopiero razem ze mną, ale jednak nie, jednak jest mi już teraz dane zobaczyć napis THE END. Mam piękne dzieci, obrażonego kota, coraz mniej centymetrów tu i ówdzie, coraz spokojniejsze noce i naprawdę chwilami wydaje mi się, że jednak ominie mnie to, co mi się słusznie należy. Jestem kiepska w paru rzeczach oraz w zanoszeniu modłów, więc zaciskam powieki i pogańskim trybem przebłaguję wariatów na drogach, naćpanych kierowców TIRów, nagle zmieniającą się nawierzchnię, zmęczenie kierowcy, podstępne kilometry stąd na Pomorze Zachodnie. I z powrotem. Kiedy staje w progu i upewniam się, że mi wrócił, że jest, że wszystkie złe rzeczy minęły go na szerokość drogi krajowej i jedyna zapłata to jego boleśnie spięte mięśnie karku, jak to u zbyt świeżego kierowcy bywa - obejmuję go na sekundę, a potem odsuwam od siebie, jest, wrócił, mogę go znów opieprzać, nie słuchać, mieć za oczywistość, odrywam się od niego i wracam do komputera, mam w końcu drugie, własne życie i już znowu mogę sobie pozwalać.

Heart sick an' eyes filled up with blue.
I don't know what you've done to me,
But I know this much is true:
I wanna do bad things with you.

Zawsze miałam upodobanie do gównianej muzyki. skomentuj (11)
2009-06-12 16:34:51

Bardzo cienki lód, co?

Na początek chciałabym zaznaczyć, że tak, owszem, nadal jestem matką dwójki niemowlaków. Nie  zapomniałam o tym i nikt nie zrobił mi lobotomii, nie wypieram się również tego faktu świadomie. I z tej właśnie pozycji chciałabym powiedzieć, że:

 - fakt posiadania dzieci obciąża odpowiedzialnością wyłącznie mnie. (Ok, i ich ojca.). Nie społeczeństwo, nie Pana, Panią obciąża. MNIE. Nie ludzi w sklepie, restauracji, windzie, tramwaju i na chodnikach. MNIE. Czy to jest jasne?
 - w związku z powyższym - jeżeli ktoś ustępuje mi przejścia, pomaga otworzyć drzwi, omija mój wózek - to jest to uprzejmość. Nie obowiązek. Nic go do takich zachowań nie obliguje. I tak, nie inaczej, należy takie gesty traktować. Jaśniej? Proszę bardzo.  Nie mam prawa domagać się ułatwiania. Może mi być miło, jeżeli ktoś mi to ułatwienie zafunduje. Ale należy się ono osobom niepełnosprawnym korzystającym z wózków na przykład. Nie należy się mnie.

Nikt mi lufy przy głowie nie trzymał, kiedy decydowałam się na posiadanie potomstwa i nie widzę cienia powodu, żeby z tej okazji słać sobie świat do stóp. Jeżeli mój, z konieczności wielki i długi wózek zagradza komuś chodnik, czy alejkę w sklepie - to jest to mój problem. I moim obowiązkiem jest ustawić się tak, żeby nie utrudniać życia całej reszcie. A nie z obrażoną miną czekać, aż tłum rozstąpi się przed moim wehikułem, jak fale Morza Czerwonego. Jeżeli natomiast akurat się rozstąpi - to może wypada podziękować, co?

 - przewijanie dziecka w bezpośredniej bliskośćo osób jedzących cokolwiek, lub nawet osób, które nic nie jedzą, ale widoku i smrodu fekaliów sobie zwyczajnie nie życzą  - nie uważam, za stan wyższej konieczności  usprawiedliwionej okolicznościami. Uważam to natomiast za czyste chamstwo.
Jeżeli już ktoś decyduje się na wyjście z  TAK MAŁYM niemowlakiem w miejsce publiczne NA TYLE GODZIN (gdyż już dwumiesięcznego dziecka bynajmniej nie przewija się co piętnaście minut, ani nawet co godzinę i przestańcie wciskać kit, że MUSIAŁAM), to niech łaskawie sprawdzi, czy da się tam dzieciaka przewinąć bez chlapania do potraw wszystkim dookoła. Naprawdę, wystarczy minimum dobrej woli. A jak się nie da, to niech rodzic zmieni lokalizację. Albo niech siedzi z dwumiesięcznym dzieckiem w domu. Do cholery.

 - widzę wyraźną różnicę, między Publicznym Karmieniem Piersią (i rozumiem jego konieczność, tak), a Publicznym Demonstracyjnym Wywalaniem na Wierzch Intymnych Części Ciała. Czy wy naprawdę musicie robić z tego swoją deklarację niepodległości? I z mściwą satysfakcją raczyć wszystkich dookoła widokiem, który nie każdy uważa, za miły i estetyczny? Nie wiem, są jakieś szale, chusty, obszerne swetry, można to wszystko robić dyskretniej, bo z tym, że trzeba robić - trudno dyskutować. Można usiąśc w jakimś spokojnym kącie. Można odwrócić się plecami do ludzi. Ale oczywiście to nie jest taki fun, jak pokazywanie Wszystkim i Wszędzie i patrzenie wyzywająco: "I co mi zrobisz? Tylko spróbuj powiedzieć SŁOWO, ja teraz jestem MATKĄ i wy wszyscy to dostrzeżecie, oraz poniesiecie tego konsekwencje. BO TAK."

Na litość boską, kobiety, opanujcie się. Albo nie miejcie pretensji, że ciąża i macierzyństwo są utożsamiane z zanikiem IQ, dobrych manier i wyczucia jakichkolwiek granic. Bardzo mnie smuci, że tych, co podzielają moje poglądy jest więcej niż tych drugich, natomiast w oczy rzucamy się na zasadach odwrotnych. A ja nie uznaję odpowiedzialności zbiorowej. I nie mam ochoty jej podlegać.

Tak sobie również  myślę, że skoro notka o tym, jak czasem jest mi niełatwo wywołała taką agresję, to teraz już niechybnie tylko anatema, stos i "Której imię wymazano". No to dalej, jazda. skomentuj (61)
2009-06-08 09:55:24

Dies irae.

Wygląda to właśnie tak i wcale się tego nie zawstydzę, bo jestem teraz MATKĄ, a jak już jestem, to zawsze byłam i będę, tak mi dopomóż. Więc przez całe mieszkanie (te cegły to FOTOTAPETA) przeciągam konopny sznurek, taki z paździerzami, a na paździerzach wieszam tetrowe pieluchy, tetra poznaczona jest zaciekami, bo przecież piorę ręcznie. W płatkach mydlanych. I na tarze.
Z kuchni bucha śmierdząca kapustą para, pochylam NAD GARAMI wygotowane na biało czoło, znad czoła odgarniam tłustą grzywkę zaczerwienioną dłonią. Palce są jak serdelki, a paznokcie obcięte bogobojnie, tuż przy samej skórze. W garze warzę skrobię i węglowodany, mieszam, zginam kark, czekam, aż z pracy wróci MAŁŻONEK (mężuś, małż, stary, chłop), siądzie przy stole, spracowaną dłonią rypnie w blat, rypnie i ryknie: MATKA!!! OBIAD JEST??!!

Mais oui c'est moi. Nosz, kurwa.


W tych, jakże ważnych, dla nas wszystkich, kombatantów, czasach licealnych - rażąco zaniedbano moją edukację w dziedzinie motoryzacji i muzyki, której Wypadało Słuchać. No to teraz mam, kilkanaście lat później siedzę nadęta i milcząca (a milczę, bo do powiedzenia dokładnie nic) przy stoliku, postukuję znacząco paznokciami w blat (zaraz, stop, jakie postukuję, jakimi paznokciami, paznokcie są przecież schludnie obcięte, albo jeszcze lepiej - nerwowo obgryzione i połamane do krwi i jaki lokal, przecież siedzę w domu, pieluchy, barchany, tetra i kapusta), nadęłabym się jeszcze bardziej, ale trochę się boję, że zrobi mi się wtedy drugi podbródek i nawet w tym przyjaznym, rozproszonym świetle będzie to widać. Więc siedzę wyprostowana i niedowierzająca, ale nie tylko z powodu braku wiedzy o Foxy Lady i czasie przyspieszenia do setki nie ma mnie przy tym stoliku, nie ma mnie tam chwilami zupełnie, chwile, kiedy mnie nie ma są coraz dłuższe i coraz bardziej znaczące, jeszcze mnie to nie uwiera, jeszcze nie wierzę, jeszcze nie dotarło.

Dotrze  po paru dniach, l'esprit de l'escalier, jak poderżnięcie gardła, krew nie popłynie od razu, a jeżeli zestarzałam się wystarczająco - może nie popłynie nawet wcale. Coś się jednak zmieniło, skoro zamiast wściekłej fali gorącego gniewu jest lodowata skorupa jakże słusznego wkurwu.

Zdetronizowana królowa odwraca się tyłkiem, przez chwilę dusi i analizuje w sobie upokorzenie, następnie ogarnia znieważony tren i sunie na poszukiwanie nowego państwa-miasta.

I stu świeżutkich poddanych.

No dobra, przynajmniej jednego.

A za sobą zostawię popioły. Albo chociaż grzyb na ścianach. skomentuj (6)